Cwicze

By LSO

Released on January 1, 2006

Thumbnail

Baleś

Ćwiczę, ćwiczę, ćwiczę, ćwiczę

Ćwiczę

Ćwiczę umysł, ćwiczę rap

Jestem tu od dwudziestu już dwóch lat

Zawsze zamiast pod, staram się być nad

A nawet ponad, liryki rap

Jest bezcenny jak eksponat sprzed tysięcy lat

Przed naszym wiekiem, być sobą, człowiekiem

I samego się szanować, cieszyć, nie dołować

To się chyba liczy, się liczy, czy nie liczy

W życiu, w miejskiej dziczy tu szacunek najważniejszy

Czy tu wkurwi ktoś, to pokaże dzień jutrzejszy

Bo już dzisiaj nie ma mocy, wszyscy dawno śpią

Jest godzina późna w nocy, tylko ja i moje myśli

Moje myśli - ja, wszechogarniający spokój

Nieustająca cisza aż zwalczają się wspomnienia

Czy czas wszystko zmienia? Proste człowiek - zmienia

Ale w taką stronę, że zawsze są wkurwienia

A na pewno bardzo często, czy mam rację [?]

Jasne, oczywiście, czy mi nerwy koją liście?

Oczywiście, lecz po co Ci to mówię

Już wiesz, nie wiem sam, nie raz nie mam, mam

Nieraz siedzę sam, tylko ja i cztery ściany

Czy ostródzki rap jest znany? Czy ostródzki rap jest ściany?

A może za ten rap chłopaki biorą money

Zgarniają grube pliki, a zamiast prawdy

Montują same ścieki, o nie, nie, nie

Szacunek to zapłata, zobacz który raz

Już za to palę bata, za TDW

I rap cały czas dla siebie, też za mnie, za Ciebie

A czystszy na glebie, już niejeden raz

Myśleli, że mnie mają i tu dołki, przeszukania

Przesłuchania i w ogóle, a tu wszędzie nic

Nic tu, nic tam, najpewniejszy jestem sam

Znam siebie, też Ciebie, bo ci ufam bracie

I Ty ufasz mi

Wiesz co się dzieje, gdy już zamykają drzwi

Tu szacunek zaufanie odgrywają główne role

A hajsu pliki, nie tak jak myślisz

Ja je pierdolę

Chociaż są potrzebne, do życia w życiu

A jak Ty myślisz kiciu, że szacunek to zapłata

Zaraz dla brata nie każda kobieta to od razu szmata

A wiesz kiedy się zeszmaci?

Kiedy wiele traci

Ktoś rucha i jej płaci

Szanuj siebie, braci, bliskich i rodzinę

Ty suko do złej gry, rób zawsze dobrą minę

Do złej gry dobra mina

Przed skutkiem jest przyczyna

Zawsze, bo inaczej być nie może

Czemu swoje tworzę?

Na pamiątkę, dla swych dzieci, jeśli kiedyś będę miał

Czy chcę? Będę chciał

Lecz jeszcze nie teraz, może za lat kilka

Kamez, Baleś, Wuho

Kamez, proste, chwilka

Gog

Wychodzę przed swój dom

Dzisiaj jest mój dzień

Zawsze jakem rapa baca

Promień Słońca mnie zastał

Jeszcze nie ma jedenastej, a już topi się asfalt

Jeszcze nie ma jedenastej, a już topi się asfalt!

Niech wchodzi w grę Passat

Wiem gdzie ruszyć i o której

W duchu to czuję, farmazonem się nie truję

Po kablach się nie kuję

Już poznałem co ma [?]

(Nie wie, nie wie)

Nie wie, a pierdoli wciąż mądrości ogół

Dziękuję matce, Bogu, za zdrowie z chorobą

Jestem sobą, jestem z Tobą

Niby władze chuj nam mogą

Patrzę [?], tańczę pogo, idę TDW drogą

Logo w trzech słowach, jestem już poważny w progach

Ej, człowieku! zobacz jak płynę z prądem

Nie jestem James'em Bond'em

Nie wyciągnę cię z potrzasku

Ty w pokoju przesłuchasz świadków

Może nawet nas tu

Halo, Janusz [?]

O wschodzie Słońca blasku

Co robisz sam wiesz

To co najlepsze bierz

Ja biorę co najlepsze

A ty narkotykowe [?]

Po mojej ścieżce i mych braci jeszcze

Wypierdalaj ścierwo z mego podwórka!

Wiem, że myślisz tak jak ja

Dla Ciebie piona [?]

Jesteś jednym z debilów, który nie powie: chuj tam

Kiedy trzeba zrobić ruchy kurwom

Przypierdolić z gruchy

Za Ciebie ziomuś buchy

Buchy za [?]

A w życiu trzymam ster

Wiem coś, Baleś, o tym, wiesz

A nie [?]

Czuję czasem doła, daję głowę, że podołam

Więc dawaj, dawaj, dawaj

Ziomuś, a im odpalaj

Niech kurwy się ogarną, ja ich ogarniaczem będę

Mam jeszcze wiele liter za zębem

Otwieram gębę, nie będę milczeć

Choć milczenie to jest złoto

To nie chodzi tu o to

Wiesz o co chodzi?

Człowiek mi trzodzi

Mam wiele godzin dla swoich przemyśleń

Nie omijam ciśnień

Każda noc to nie koks

To modlitwa, a w niej moc

Aniele, ze mną chodź