Deprecha

By Stygmat

On Gangrena

Released on April 15, 2013

Thumbnail

[Zwrotka 1: Młody Goh]

Ledwo 17-sta, w okolicy ciemność

Coraz zimniej, a ja cierpię na bezsenność

Do obowiązków czuję coraz większą obojętność

Mam zaburzenia koncentracji

Nie raz jąkam się przy konwersacji

Chora obawa krąży w zakamarkach myśli

Po co na ten świat w cierpieniach przyszliśmy?

Już nie muszę wchodzić na swe wzgórze, pustelnię mam w domu

Ezoteryczne magie pod koniec października po kryjomu

Miedziana jesień zna kryjówki diabła!

Jedyna z nich, to w skale wyrzeźbiona jama

Gdzie mroźnymi wieczorami z kotła wylała się depresyjna fama

Negatywnym nastawieniem humory owiała

Ciśnieniowiec powie: „ała”, hipochondryk drogi oddechowe rękoma zasłania

Generalnie ciągła mania odpoczywania

Czasem mam wrażenie, że me ciało jest na linkach losu

Nie mam pewności głosu, nie reaguję na uwagi, skorektuj i dostosuj

Jakby ktoś się pytał, nie wiem, nie ma mnie…


[Zwrotka 2: Młody Goh]

Czuję zmęczenie powiek, ręce mam skostniałe

Ból mięśni i do tego przeziębienie małe

I na stałe, aż do wiosny opadają mi morale

Ale wersety piszę stale!

Bo mam deprechę, więc nie wkraczaj w Goha psycho strefę

Hehe, chyba że masz mocną psychę

I nienawidzisz nudy, a więc głupcem jest myśliciel, królem zaś jest błazen

Hehe, nawet nie wiesz, kiedy padniesz, gdy rozpocznę błazenadę!

Nas jest dwóch, ty zaś jeden, który bliźniak kłamie?

Hmm… dualizm ciężkostrawny na śniadanie

Hehehe, głupcy swych emocji

Wasze uczucia to nie powód do oszukania wyroczni!

Hihihi, głupcy racjonalnej mowy

Wasza przyziemność przywraca zabobony

Hahaha, głupcy szukający sławy i wiktorii

Siłą i brakiem intelektu niszczycie zabytki historii

A ja w depresji z tych predyspozycji cząstkę w sobie mam…


[Zwrotka 3: Kozim]

Zmrok nawiedził miasto chwilę przed 17-stą

Świat swą szarość przysłonił białą płachtą

Za oknem pustka, nie chcę mi się ruszać dupska

Bezproduktywnie się tułam w murach studia, kurwa

Znów narzekam i zwlekam z wszystkim

Cierpię na natłok myśli, nie zawsze całkiem logicznych

Wpadam w łapska rutyny i w nich czuję się bezsilny…

Emocjonalnie niestabilny

Byle do wiosny, by odżyć w promieniach słońca

I zrobić choćby krok, by życie do przodu popchać

Tymczasem wzrok pusty wlepiam w sufit

Wspominając ludzi, których nigdy czas nie wróci

Po policzkach spływa łza za czas dzieciństwa

Życie umyka nam, a każdy z nas przemija

W proch starłem wiarę w walce z mym racjonalizmem

Dawniej żyłem konserwatywnie, dziś po prostu żyć chcę


[Zwrotka 4: Kozim]

Wybiła godzina duchów, zacząłem czuć chłód

Która to już noc jakby zastygła w bezruchu?

Otwieram oczy po raz piąty w ciągu dwóch godzin

Choć organizm wymęczony prosi o sen spokojny

Chyba ciąży na mnie klątwa bezsenności

Otwieram okno, by poczuć chłodny dotyk

Zimowej nocy, biorę oddech głęboki

I czuję, że me ciało owładnął powiew mroźny

Idę się przejść gdzieś, pieprzę tą bezczynność

Spacer z muzyką lekarstwem na wszystko

Znów usłyszałem stałą gadkę, bym kładł się

I tą samą frustrację, gdy kluczem przekręcam zamekw drzwiach

Dokąd idziesz o tej godzinie?, a ja

Pragnę jedynie odreagować z dala sam

Ułożę myśli nim wstanie ranek

A tymczasem wychodzę, a ty śpij dobrze, skarbie


[Outro]

Pieprzona zima, ej, poczuj jej chłód

Pieprzona zima, ta, zawitała tu znów