Doskonały przykład (218)

By Slums Attack

On Najlepszą obroną jest atak

Released on February 7, 2005

Thumbnail

[Refren]

Dałeś doskonały przykład, jaki być nie powinienem

Czy różnimy sie znacznie? Tego nawet ja nie wiem

Ale obiecałem sobie, że coś w tym życiu zmienię

Nie wiem, czy mi wyjdzie, lecz się staram być człowiekiem

[Zwrotka 1: Peja & Waldek]

Ten strach jako towarzysz w drodze na ostatnie piętro

Czy drzwi wejściowe całe i czy czeka mnie tam piekło?

Sam nieraz wyważałem, te drzwi wyłamywałem

Bo do domu rodzinnego jakoś dostać się musiałem

Kiedy klucz od wewnątrz często był wsadzony w zamek

Dwadzieścia jeden / osiem – dom pełen niespodzianek

Gdzie w oknach brak firanek, od małego dzieciaka

Pamiętam w kuchni i na pokojach draka

Rodzinne zapasy przy użyciu tasaka

(Pytam się kurwa! Dzielnicowy?)

Zdarzyło się płakać, jestem zupełnie szczery

Strach we mnie wzbudzał widok siekiery

W rękach tyrana, który miał być moim ojcem

A pokazał mi w życiu same rzeczy najgorsze

I na tym nie skończę, obietnice bez pokrycia

Ile zobowiązań z Twojej strony za życia?

Muza na full, żarcie z rożna, poker

Lata osiemdziesiąte to czasy prohibicji

Menzurki i kuwety w samym stanie wojennym

Wódy widok codzienny, to domowa produkcja

Miałem zdolnego staruszka, na głowie poduszka

By zagłuszyć te bełkoty bawiącej się hołoty

Obok do białego rana, cała zgraja najebana

Wszyscy tu bywali, Waldek kieras mieszkania

Jakie doświadczenie? Zagrożenie, złe doznania!

Świeża emulsja ścienna, na niej krew rozmazana!

W drzwiach powyrywane zamki, drzazgi, braki szyb w oknach

Przed kolegami obciach plus szereg interwencji

Pies, kuratorzy i opiekun społeczny

Bardzo dobrze znany jak wywiad środowiskowy

Czy z bratem mam co jeść, czy do szkoły gotowy?

To relacje sąsiada, który za dużo gadał

A sam nie był święty, zwoził dupy do mieszkania

Z koleżkami z milicji miał bal do białego rana

Dwa jeden osiem – oto mój życiowy dramat


[Refren]

Dałeś doskonały przykład, jaki być nie powinienem

Czy różnimy sie znacznie? Tego nawet ja nie wiem

Ale obiecałem sobie, że coś w tym życiu zmienię

Nie wiem, czy mi wyjdzie, lecz się staram być człowiekiem


[Zwrotka 2]

Wyrzucałem oknem noże, żeby nie były w użyciu

Chowałem pieniądze i wódę, a dlaczego?

By nigdy więcej nie widzieć Ciebie pijanego!

Żebym miał jutro co jeść, gdybyś poszedł w cug tato!

Parę razy się zdarzyło nazwać Cię pijaną szmatą!

Ty śpisz, ja cię okradam, po cichu się skradam

Co by było, gdybym wpadł? Byś się zbudził, mnie przyłapał?!

Nigdy o tym nie myślałem, to głód, determinacja

Zamieniłeś życie z synem na prywatne wakacje

W lodówce czystki, rządził Ludwik Waryński

Dwie stówy to niemało, jeść się chciało, więc śmiało

Do przodu, do przodu, zniszczyć uczucie głodu

To jeden z istniejących tych kradzieży powodów!

Zmarnowałeś mi dzieciństwo – tak niestety wyszło

Zmarnowałeś mi matkę, ja byłem tego świadkiem!

Tyle widziałem przypadkiem, czego nie powinienem

Nic nie rozumiałem, przecież byłem małym dzieckiem

Ile wylanych łez? Tyle co wódy w kielonach?!

W "Stopie" seta, golona, w "Zośce" następna w pieczątkach

I w pracy, po pracy, rodacy, pijacy

Przyszło Ci w końcu za to życiem przypłacić...

[Outro: Waldek & Heniu]

– To, że flaszkę kurwa postawiłem, to jest kurwa nieważne...

– Ile masz lat?

– Dwa...