[Zwrotka 1]
Znam te kopniaki do ścianek pudełka
Gdy włazi się tam by pasować
Nie wejdę tam nigdy, bo sam tam nie wszedłem
Ty też już nie musisz się chować
Trzydzieści dwa lata przechodziłem czyściec
Od lipca przechodzę przez piekło
Wiem, że też to czułaś, ja wiem co to było
Nie musisz się chować przede mną
Tak, jestem prawdziwy, to kości i skóra
I chaos co niszczy mnie co dzień
Nie mówię „się pośpiesz”, bo i tak się stanie
Choć ja zrobić już nic nie mogę
Już nie noszę masek, nie wierzę w iluzję
Że jesteśmy tylko na chwilę
Bo ktokolwiek inny oprócz Ciebie i mnie
Do kaftana dostałby bilet
Pierdoli mnie kto to usłyszy, nie skuma
Choć wiem że Ty widzisz w tym siebie tu, teraz
To nie jest Twój wymysł, ja też się tak czuję
I kocham do rdzenia a nie znam Twojego imienia
Patrzą jak na świra, bo raz Cię ujrzałem
I nie łykam już ich „przypadków”
Mijamy się jakoś, jakbyśmy tak mieli
Nigdzie nie istnieje też ślad Twój
Wiem, że to blisko i powiem Ci wszystko
Choć jedyne co mam to słowa
I wychodzi na to, że wbrew przekonaniom i radom
Tak, można tak kochać
Nie zostawię Cię z tym bo przestałbym istnieć
Mówiłem Ci to już na trakach
To nie żaden koniec, to jest to co mamy
Gdy serce w końcu odpowiada
I też się już boję milczącego dzwonka
Gdy każdy dzień to może być dzień
Ja jestem tu po drugiej stronie, tak jak Ty
I czekam aż coś w końcu przyjdzie
Nie trzeba już więcej zaczepiania bez słów
Bo żyjemy wciąż tu i teraz
Spróbujmy to razem okiełznać jak ludzie
Ja nigdzie się nie wybieram