[Zwrotka 1]
Przeszedłem gówno, które łamało codziennie
Zawsze czułem coś więcej, a mówili że to brednie
Gdy ojciec odszedł, brakowało dla mnie wzorca
Dzisiaj widzę że to dobrze, bo nie mierzyłem w pieniądzach
Siebie, nigdy, matka nauczyła czuć mnie
Co mnie zapętliło trochę ale już tam nie utknę
Szukałem wiele lat tego, co mam pod nosem
Co cudze, nie moje, co moje, to niosę
Do Boga droga, to nie moja choć podobna
Bo szedłem z sercem w ręce, ale nie by komuś oddać
Było dla mnie jak kompas, bo choć czasem na oślep
To nie uwierzę w dogmat, tylko w to czy bije mocniej
A bije do Niej ciągle i prowadzi tam gdzie trzeba
Gdy w miejscu stoi niebo lub gdy wiruje mi ziemia
Gdy słowo piekło nie oddaje tego, co dziś zwiedzam
Nie tykam Twoich kłamstw o tym, że nic nie ma
[Bridge]
I nie odejdę w miejsca, gdzie mówią mi „bądź jakiś”
Bo to co dla nich bólem, od lat mnie prowadzi
Nie zmienię swojej drogi, słów ze złota w moniaki
I wiem gdzie idę nawet jak Ty pytasz „quo vadis”
[Zwrotka 2]
Dużo widziałem, a dla nich – szedłem na oślep
Zawsze parzyły jak ogień wszystkie emocje
Nie dla portfela, lecz by nie rozmienić się na drobne
Teraz, gdy świat mówi że to progres
Być twardym jak kamień, nie kochać aż boli
Nie krzyczeć z wkurwienia i nie wyć z agonii
Mieć plany na siebie, na życie, kontrolę
Zamienić, co żywe, na to co skończone
A My? Poznasz nas po tym, że mamy ogień
I stoimy z Tobą jak spierdala każdy
A jeśli los podkłada nogę nam znowu, wstajemy
Bo pozostać sobą to zaszczyt
A może Prawda o Nas jest większa, niż myślisz
I czujesz czasem w klatce, jak cicho ktoś puka
Zostaje z Tobą nawet wtedy, kiedy wszyscy wyszli
I jedyne co musisz, to Sobie zaufać