Released on June 29, 2014

Thumbnail

[Verse 1: Majlowski]

Miałem życiu dać policzek, miałem w końcu przestać krzyczeć

I choć drugie mi nawet idzie na pierwsze za duże ambicje mam

Mówią: „rób małe kroczki”, a ja wszystko chciałbym na raz

Najpierw złapać Boga za kostki potem krzyczeć wam, że sram na świat

I czuję rozdwojenie jaźni nic nie łączy mi w całość się

Nigdy nie byliśmy poważni pora zmienić to chyba; pryzmatep

W chuju mam w sumie czy złapią to suki czy dadzą już spokój po pierwszej linijce

Nie jara mnie poklask półmózgów za bluzgi czy wersy na pokaz i płacze w nawijce

Miałem nie mówić już o tym, a czuję to ciągle niestety

Że zamiast tych trampków za kostkę, mentalnie mi bliższe są chyba kaszkiety

Miałem być obojętny na to, żyć dalej beztrosko przez lata

Ale ojciec nauczył mnie nie stać w miejscu nawet gdy co dzień młot mnie zgniata

Inwestuje w ten samorozwój, póki co nie wiem czy to coś da

Ale tak mam po prostu, żyję luźno dopóki wszystko mi gra

Miałem skończyć z tym paradoksem, mimo wszystko on kisi się w nas

Tylko że to nie jest tak proste, dopóki na plecach wciąż wisi mi czas


[Verse 2: Majlowski]

Mam trochę jak Ras, jestem najlepszym sobą co dnia

Nawet gdy mi deszcz pada na twarz, to w chuju to mam jak Laik

Czuję jakąś dziwną pustkę, coś jakbym zgubił część, nie wiem

Może dlatego nie znoszę ustępstw i zawsze chce biec dalej przed siebie

Byle tylko nie patrzeć za siebie, parę razy zawiodłem, to wiem

Nigdy nie chciałem skończyć na glebie, dlatego tak zadzieram łeb

Mam nadzieje, że się nie potknę, kiedy wzrokiem celuje wysoko

Bo mam ambicje wyniosłe, a znajdzie się ktoś kto zechce mnie podciąć

Miałem dać z siebie wszystko, a czuje że to nie jest max

Kiedy już jestem tak blisko, na pięcie odwraca się świat

Nienawidzę ludzkiej głupoty, choć w sumie to nieobiektywne

Bo to ja mogę być głupi, a wszystko co robię dla Was jest dziwne

I kiedy się stało tak trudne, zostać przy racjonalizmie

Motamy się w koło jak durnie, do marzeń dolewając czystej

I dawno przestaliśmy się żalić, mimo że nie ma nic do ukrycia

I tak nikt by nie chciał ocalić, tego za co oddaliśmy życia


[Verse 3: FFK]

Miałem się ogarniać ,wygonić z siebie ducha lenia

Z uśmiechem jak Mucha, pety od palenia lenia

Mimo upływu tylu lat, przebyliśmy razem drogi szmat

Czas to dla nas z tyłu kat , zbija pionki szach-mat

Matka mówi że mam się uczyć, a siedzę dalej w liceum

Jak idę do przodu, a stale brak mi celu

Miałem być marynarzem, a pływam w morzu wódki

Nic nie idzie w parze, a ty dalej swoje mów mi

Uniżam w gmach skroń lecz całuję życie w usta

Jak dym, łapię w pięść, otwieram dłoń , jest pusta

Być wierny komuś czemuś,tylko swoim zasadom

Rzucić używki kiedy zycie las vegas parano

Obiecuje sobie coś, łatwiej wywiązywać mi się wobec innych

Niż wobec siebie z obietnic tak mam, wolę być inny

Winny to tylko sam sobie, nie jest trudno z sumieniem wcale gdy

Brodka śpiewa ciągle w głowie, pierdolone „MIAŁEŚ BYĆ"