Ill communication

By Kidd (POL)

On Rap i jego sobowtór

Released on September 16, 2013

Thumbnail

[Verse 1: Kidd]

Nie istnieje nic takiego jak wspólny mianownik

Z zewnątrz jesteśmy podobni, ale na tym sie kończy

Wewnątrz siebie samotni, skazani na język

Pełen niedoskonałości, przez co pewnie śmieszny

Mówię jedno, słyszysz drugie, w sumie napisałem trzecie

Więc na pewno chłopaki sami wiedzą co to lepiej

Klepię świeckie modlitwy, więc weź się przyzwyczaj

Te chodniki nie ostygły od wczorajszych wyznań

Bo rozmowa z najbliższymi to często freestyle

Gdzieś na mieście, po piwach, jak głosi tradycja

Tu gdzie krzyczy się Olimpia, kiedy Polska wygra

Z dojrzałością kolizja, gdy nagle łapiesz się na tym

Że twój DJ i producent mają ważne sprawy

Zrozumienia nie ma szansy, nawet nikłej

Trzy browary, dwie szesnastki, nagle widzę policję

Studencki wymiar kary, jeden mandat za wulgaryzm

Co dopiero się pojawił, jak te pizdy odjechały

Wkrótce się pozamykamy, cztery ściany, dostęp tylko przez net

Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to mi wklep na Fejs

Plus powoli gubię się w tym co piszę i mówię

Bo co bym nie powiedział zawsze zmieszają to z gównem

Wiesz, chuj mnie, że ludzie mają płaski świat

Nic nie jest czarno-białe, widzę tysiąc barw

I nie ważne jak mocno chciałbym je opisać

Ty usłyszysz to co chcesz poprzez pryzmat swego dzisiaj


[Verse 2: Laikike1]

Laikike1, Kidd

Witam moich rozmówców, odwzajemniam ukłon

Moich królów obskurwu, cegieł z muru zabójców

Mają cegły Oxfordu na półkach z wódką

Piszą teksty dla dworu siedząc w burdelu z kurwą

Witam ciebie rozmówco tak zwykły jak Mes

Daję chleb i wodę na talerzu z PVC

I jak prosisz o sól, pozwól ostrzec przynajmniej

Że wysypię cały wór na pociętą tkankę

Jak nie masz w sobie nic, to jesteś nikim

I możesz sobie iść kupić nowe koraliki

Możesz sobie żyć jowialnie, pozwalam

I jak uważasz mój sznyt za złą karmę, spierdalaj

Twoja dróżka dobrej wróżby kończy się teraz

Bo nie potrafisz odróżnić drogiej wróżki od klakiera

Pierwsza powie ci prawdę i poczujesz się jak śmieć

Drugi zaklaszcze jej talent, ty zagłaszczesz go na śmierć


[Verse 3: Goldi]

Tu gdzie gaśnie światło i kończy się świat

Pozostajemy sami pośród czterech ścian

Uwarunkowani na to, by wypełnić plan

Zakodowani na to, że się musi udać

Znowu wstaję rano i rutyna, odkręcam kran

Woda leci z niego na zlew, czerwona z nosa

Wypadkowa tygodnia pośród dozy życia

Stresów, ciśnień i obliczeń do końca miesiąca

Jestem producentem z ego i gram na emocjach

Jak Lewis Parker wkładam serce w projekt do końca

Postarza nas tylko to, na co się godzimy

Bo ambitne plany wpierdalają z pracy nadgodziny

Dla szczęścia rodziny, najważniejszej rodziny

Dla miłości, z której - jak dotyczy nas - nie kpimy

Jak te skurwysyny, co komunikują ci jak masz żyć

Nie słuchaj debili, mamy mikrofony silne, głowy nie zamknięte

Co w przeciągu zdarzeń kontemplują nad tym czym jest życie

Komunikujemy się na żywo lub na zwrotkach

Ja skutecznie tu pierdolę każdy społecznościowy portal

Prywatność to rzecz boska, intymnych śladów postać

Ty nie musisz tego poznać, zamiast straty czasu zwrotka

Ma kalkulacja chłodna, Goldiego forma prosta

Slalom życia, zjazd do końca jak Alberto Tomba

Wyciągnij coś dla siebie z tego jointa jak chłopaki towar z worka