Released on September 17, 2014

12K Views

Thumbnail

[Zwrotka]

Już nie ma żadnego powodu dla którego miałbym wracać

Chyba już nie

Piszesz mi dramat na łamach osiedla?

Lepiej pisz kolejny sen

Liże rany po stratach, tragedia dotyka tak samo ciebie i mnie

Finezja i to kim jestem daje mi zbierać z nich więcej niż jest

Nie myśl, że jest tak jak myślisz - za szybko popadasz w skrajną euforię

Nie wierz, że jest tak jak mówią

Za płytko podajesz przebraną formę

Proch daje ci więcej niż masz, bierzesz go w trasę i jesteś pro

Pancze i flow, hasztagi, odniesień ze sto; Miyagi; Daniel LaRusso

Instagram płonie i czujesz się dobrze

Chociaż mentalnie to noce i dni

To wina diabła czy nasza decyzja ofiary dają nam relaks i czil i dreszcze

Jeszcze nie było nas tam, jeszcze nie dałaś ty dupy w tym miejscu

Światła, kamera, akcja, muzyka, mistyka - więcej trudu niz seksu

Kompleks Edypa, ktoś znowu na mnie gróźnie łypie

Ja mówię prawdę a branża pachnie tym, co sam sypiesz

Dawid i Goliat? To beka, insomnia daje mi ufać, że przeskoczę dno

Bo chmury to poziom brawury jak z nią, a paru idoli zmieniło mi tło

Gdy siedze na grani nie lecę z niej za nic, po skali - nie cofniesz przemocy

Bo musiałbyś zmienić swe kryształki ścierwa na kryształy many i mocy

Te egocentryczne bajki już dosyć

Bo mówisz, że nikt nie jest winny jak świat

Wbrew pozorom to dziwne bo widzę

Jestem identyczny, a nie taki sam

Podziemie? Nie pytaj, krok wyżej powitać, nagramy coś wierzę, to rap

Podziemie, to mówie, krok wyżej niż teraz, gorączka jak w parku igieł; LenBias

Te, Hopsin bez godki jakby to ziomki ujęli w miejscu gdzie żyję i zmagam się z presją

Bez dobrej woli, rap znowu niewoli, gdy narkotyk stał się obsesją

Nie czekam na kontrakt, podliczam konta z których korzystam i biegnę gdzie trzeba

Wiem, że wiesz, że trzymam to w głowie lecz milczę, gdy pytasz - gdzie droga do nieba jest?

Mijają trzy lata od kiedy za brata go miałem i przemierzałem ulice

I trzy lata z hakiem od kiedy się błąkam po biurach i próbuję startować w życie

Ty zanim mnie skreślisz, to pomyśl dwa razy, bo nic tu nie zdarza się więcej niż raz

Czarny ebonit i pot na jej skroni, gdy dam jej okazję być sam na sam

Mam to mam, nie mam to nie mam, a moje plany to plany

Jak mniemasz, że przegram, finezja zawęża mi spektra zabiera w miejsce przemiany

Troski i ból, żal mi patrzeć na siebie

Więc wstaję i poddaję pod wątpliwość wszystkie znaki na ziemi i niebie

Jestem jak Star Trek, ładnie, to chyba szczyt metafory

Chłopaki łykają tą mete na wory, nie schodzę na parter a daję im fory

Walory sa we mnie, łakomy niezmiennie

Znudzony doszczętnie, zniszczony? Tak samo

Kieruje mną zemsta, pragnienie zwycięstwa

Juz ostatnim razem niewiele mi dało

Myślę, że jestem lepszy niż reszta, lecz to za mało a to tylko przedsmak

Jebane ego Harveya Spectera - bez zasad a z nimi, ja wpadam na spektakl

Idę dalej niż widzę, nie szydzę z tej wizji na soundtrack

Próbuję wygrywać i dbam o detale, gdy walczę też trzeba mi Mike’a

Wrocilem z Getefe i biorę megafon a nie metadon gdy milczę i kończę

Nie pytam sam siebie kim jesteś? Gdy patrzę w lustro gdy wstaje słońce

Jestem zły i wkurwiony - na siebie, na ścianach blaski i cienie

Jestem rozdarty, spłukany, samotny - wszystko na własne życzenie

Jak chcesz, to mnie dotknij, w opcji bierz wszystko albo leczymy sumienie

Ja chciałem cię poznać w opcji noc doznań ale moje sumienie to

Cienie na ścianie i wjazdy na banie wybiórcza logika co daje nam haki na siebie

To namiastka prawdy, relatyw moralny i wszystko się jebie

Ja stoję za kratą i jebem na to, RIP? Szybko się piszę pod klęską

I rzuca na traki lepione jak bałwan, którego sam chciałby pozostać szydercą

Zasmuca mnie pastiż mierzony na maski i pseudo kalectwo zwycięstwo

Pamiętam ich; TarHeels, ale cenione stawki to hajsy, dziary i czapki

To księstwo jest moje, już od pokoleń z powrotem na ławki bo piwko i trampki za kostkę to max

Co dał wam rap, dzięki, w oczach jak błękit, gdy męczył nas czas

Rzucam to w twarz, ty? Nie masz odwagi mi spojrzeć dziś w oczy

River ONE TIME, ty? Masz za dużo out’ów byś teraz przeprosił

Wiem to na pewno, ale sedno spada znienacka jak runner, runner

Trudno się żegnać z życiem po życiu, szczególnie od piątej nad ranem

Mordo spierdalaj bo tonę, intencje ukryte w bibułce w gibonie

Prewencja bo słabo w incomie na Bali, spalimy na stronie go sami, po tomie

Atencja bo warto, Porto-Esperanto rozwiąże nam język i stanę po stronie

Wylałem słowa za darmo, poprawność każe mi zamknąć w kokonie je wszystkie

To parę wersów z innego tracku chłopaku - poznaj mój rap

To Revelation, jak Opeth “Damnation” wryje się w głowę, aż strach

Nie ufaj szczurom biegnącym ze statków i dłonie do broni, już wiem

Kartky/Ironic, Kartky/Chmurok, co będzie potem? Chuj wie