Released on May 21, 2021

Thumbnail

Uleciał w niebo dym z ołtarzy zimy

Gdy mrozu płomień strawił serce puste

Nic już nie trzyma, nie wołają słońca

Czas ruszyć w drogę, przede mną otchłanie

W góry, co kwitną martwymi ptakami

I śniegiem wonnym i sennym jak głogi

Milczące krzykiem uśpionych potoków

I drżące pustki rozgwieżdżoną czernią

Zaszepczą wiatru śmiercią niespokojną

Słowa ostatnie wyjdą z ust kamiennych

A wtedy zaśniesz w lawin kołysaniu

Z głową na moich opartą kolanach

I wciąż przed siebie, w górę, między chmury

Po światła szlakach, między ciszy granie

W niczyją ziemię, w kraj dla bogów obcy

W wieczność tętniącą bielą i rozpaczą

I nie przystanę, nie spojrzę za siebie

Na widm korowód, co podąża za mną

I w oczy twoje wyblakłe od śnienia

I łez kryształy na wiatr nanizane

Na cichy kondukt wśród mgieł zagubiony

Jodły zgarbione pod pieśni ciężarem

W chramach wyrosłych na skraju nicości

Szepczące w ciszy modły do nikogo

Aż wyjdę w niebo, lecz iść nie przestanę

By skryć się w końcu pośród gwiazd gałęzi

By zniknąć między światów kolumnami

Z kryształowego rzeźbionymi smutku