Grawitacja

By Hipocentrum

On Snap

Released on December 14, 2017

Thumbnail

[Zwrotka 1: PeeRZet]

Dla mnie życie to kumulacja następstw stresów

Tylko niektóre stają się pasmem sukcesów

I pchają w górę, ja nie znam nazw tych procesów

W ogóle, a rozpalają blask w nas, ile słów

Nie powiem i ile hajsu nie zrobię

Wciąż mam w sobie fobie i sam w głowie robię

Film, w którym człowiek bardzo pragnie być Bogiem

Nim spocznie w grobie i nie dowie się, że dni

Mają swój ciężar i trzeba wiele sił

By pokonać grawitację, by lecieć kilka chwil

Czy choroby, czy wypadek, czy demony w głowie

Będąc zdrowym, nie wiesz nawet jakie stwory w Tobie

Chcą, byś leciał na dno, prosto dzieciak w bagno

Mają Cię za śmiecia dawno i chcą, byś nie ogarnął

Nic, więc jak chcesz latać, celuj w Księżyc

Tam chodzi się łatwiej, wiedz, że musisz zwyciężyć


[Zwrotka 2: Bazi]

Ej, podnieś głowę do góry, przestań marudzić

Ziomek, wiedz, że ma na ziemi tylko tu tych paru ludzi

Gdy jesteśmy razem, los oprowadza po niebie

I tylko Twój smutek, i znowu tu sprowadza na ziemię

Tych, co rzucają takie wersy, to nie ma widzę

Kocham swoje mordy, no a reszty to nienawidzę

Znamy się lata i mnie nie wjebią na minę

Znak, że skumają brata, kiedy sobie to nawinę, tak

A moja druga grawitacja to jest muzyka

Dzięki niej ustała palpitacja choć zegar tyka

Tik-tak i tak ciągle słyszę dotykanie

Lecz się czuję nietykalny, gdy Cię dotyka zdanie

Nie chowam pióra, bo obrastają te słowa w piórach

Stąpam twardo po ziemi, pomimo że głowa w chmurach

Jak dziś podbiję ten świat jak w Keine Rezepture

Już się odbiłem od dna i teraz lecę w górę


[Refren: Asteya/Oxon]

Chcę się do góry piąć

Coś mnie wciąż ściąga na ziemię

W dół lecę, w dół gdzieś

W dół lecę

Znoszę na chmury wzrok

Los mną wciąż miota na glebę

W dół lecę, w dół gdzieś

W dół lecę, w dół gdzieś


[Zwrotka 3: Oxon]

Jestem z tych, co od zawsze nieco z głową w chmurach

Chcę czegoś więcej niż przyziemne, dom i spoko fura

Jestem z tych, co myślą, że więcej niż mogą, mogą wskórać

Wpatrzeni w siebie, choćby świat w około tonął w bólach

Od zawsze gadam wczute rzeczy jak powyżej

Że nawet jak jest źle, to będzie dobrze - tak to idzie

A potem znów odżywam tu sobotę jak co tydzień

Ciężko bez roboty, choć najbliższą przyszłość jasno widzieć

Wyobraźnia to mój arcywróg i wielki atut

Bo nie wystarczy tylko marzyć tu i chcieć wiwatu

Licząc, że się przydarzy cud, jakoś tak dzięki światu

I cały trud załatwi mój rzekomo lepszy status

Zatracić można się w pogoni po zyski

Ale czym są nasze plany, gdy odchodzi ktoś bliski

Gdzie jest Bóg? Człowiek strzela, więc kto nosi pociski?

Mamy wielkie marzenia, coś trzeba włożyć do miski też


[Zwrotka 4: Kojot]

Pamiętam, jakby to wczoraj było

Zacząłem nawijać i to się stało dopaminą

I z każdą nową chwilą nowe wersy jak woda płyną

I czuję jakbym latał, parę osób mnie zobaczyło

Ambicja mnie zjadła, była dla mnie jak chora miłość

I zamuliłem ciężkie jakbym spalił sam ponad kilo

Pytałeś, kiedy płyta, ja się chciałem od kopa zwinąć

I przepraszam Cię za to, zawsze chciałem Ci to nawinąć

Potem przejść na zmarnowane, w głowie miałem tylko chlanie

Blokada i wszystko stanie czy tylko przyciąganie

Szczęście miałem blisko, a nie, miałem straszne chwile w głowie

Dzięki, jeśli wierzysz we mnie, bo nie zasłużyłem sobie

Mam marzenia gdzieś wysoko i trupy głęboko w szafie

Możesz mówić, że się wczuwam, to jedyne, co potrafię

Teraz czuję się najlepiej, si, pogramy znów tu dalej

Zrobię wszystko, by nie mówić, że nigdy nie spróbowałem


[Refren: Asteya/Oxon]

Chcę się do góry piąć

Coś mnie wciąż ściąga na ziemię

W dół lecę, w dół gdzieś

W dół lecę

Znoszę na chmury wzrok

Los mną wciąż miota na glebę

W dół lecę, w dół gdzieś

W dół lecę, w dół gdzieś