Jak to stało się, że ulicą chodzisz wciąż?

Nie mogę wiary dać, jak radosna twoja twarz

Gdy za rękę prowadzisz swoje własne dzieci

I cieszysz się, że z żoną możesz kłaść się spać

Z ohydą na twarzy dobrego człeka grasz

Wcale nim nie jesteś, krew na rekach masz

Gdzie tu sprawiedliwość, gdy za ciebie żebrak siedzi

Może nawet lepiej, bo nie musi głodny chodzić

Ale Ciebie musi spotkać wielka kara

Tak nie może być, że bez winy będziesz żyć

Obiecuję tobie chuju, wiecznie tak nie będzie

Świadomość twoich dziеci, z czasem się rozwinie

Jak to powiesz im, żе tata poniósł winę?

Pewnego dnia otrzymasz kilka pytań

Dlaczego właśnie tu odpalonych tyle świec?

Dlaczego to miejsce omijamy? Co tu stało się?

Co tu stało się? No powiedz wreszcie!

Jak to stało się, że ulicą chodzisz wciąż?

Nie mogę wiary dać, jak radosna twoja twarz

Gdy za rękę prowadzisz swoje własne dzieci

I cieszysz się, że z żoną możesz kłaść się spać

Tak nie może być, ze bez winy będziesz żyć

Obiecuje tobie chuju, wiecznie tak nie będzie

Świadomość twoich dzieci, z czasem się rozwinie

Jak to powiesz im, że tata poniósł winę?

Pewnego dnia otrzymasz kilka pytań

Dlaczego właśnie tu odpalonych tyle świec?

Dlaczego to miejsce omijamy? Co tu stało się?

Co tu stało się? No powiedz wreszcie!

Jak to się stało, że ulicą chodzisz wciąż?

Obiecuję tobie chuju, wiecznie tak nie będzie!

Nadchodzi samosąd!